PartnerForLife
Wybierz stronę
Miłość do marmurówW damsko – męskim kotle... Zbiór felietonów Rafała Jaworskiego

Jerzy Bińczycki, nieodżałowany aktor i człowiek wielkiej klasy, zastanawiał się w jednym z wywiadów: „Jeśli ktoś mówi, że kocha swoją pracę, to co w takim razie robi ze swoją żoną w domu?”
To takie amerykańskie - wykrzykiwać ze sceny: kocham was! Kiedyś artyści zachowywali się normalnie, dziś nie obejdzie się bez udowadniania miłości do swoich fanów. Do łóżka też pójdziemy ze wszystkimi, których „kochamy”? Jedna z młodych polskich aktorek (z tych co to wypłynęły na popularności seriali) opowiadała na antenie mojej ulubionej stacji radiowej o swoim najnowszym filmie. I o tym, jak to została przedstawiona kilku reżyserom, których… bardzo kochała. Rany, wszystkich?!
My też nie jesteśmy bardziej skąpi w swej wylewności. Kochamy wszystko: kino, książki, spacery, wyjazdy, nawet robienie zakupów! Pardon, shopping… Skutecznie zachęcają nas do tego reklamy w stylu: z nami pokochasz zakupy!
Co w takim razie czujemy do drugiego człowieka? Pytanie tym bardziej uzasadnione, bo poparte wiedzą na temat miłości do rzeczy martwych. Zupełnym fenomenem jest tutaj miłość do… marmurów. Poważnie! Jeden z psychoterapeutów opisywał niedawno na łamach dziennika prasowego przypadek pewnej kobiety, jego pacjentki, która przeżyła załamanie nerwowe, bo nowa posadzka z marmuru w jej domu niespecjalnie przypadła do gustu gościom, których zaprosiła na przyjęcie. To zmusiło ją do zerwania podłogi i udania się po zamówienie innego wzoru marmuru aż do… Włoch. Ale czego nie robi się dla miłości! Choćby była to miłość do zwykłego marmuru.
Natknąłem się pewnego razu na interesujący tekst w blogu zatytułowanym „Mały pokój z książkami”. Jego autorka, opisując pewną książkę, wyznała: Nigdy nie potrafiłam i nie lubiłam mówić o swoich uczuciach. Drażni mnie egzaltacja polegająca na nadużywaniu Wielkich Słów, bo ich nadmiar powoduje, że tracą na znaczeniu. Śmieszą - niektóre amerykańskie filmy, w których wszyscy wszystkim mówią „Kocham Cię”. Złości - szaleństwo walentynkowe i przymus czynienia wyznań w określony dzień. Nie znoszę nadmiaru zdrobnień i słodyczy - takiego „tiutiania”… Trafnie ujęte – pomyślałem. Zdrobnienia są jak najbardziej na miejscu w rozmowie między domownikami, bliskimi osobami, ale ich nadmiar nadaje się już tylko na materiał dialogowy w komediach („Ale żeby tak, prezesiku, cały gabinecik? Na bruczek?” - „Kariera Nikodema Dyzmy”).
A „przymus czynienia wyznań w określony dzień”? Walentynki zadomowiły się już na całym świecie. Dla jednych dzień 14 lutego stanowi okazję do czynienia wyznań, na które nie ośmieliliby się innym razem. Dla innych to po prostu dobra zabawa. Zaś dla grupy przeciwników to przede wszystkim marketingowe i komercyjne święto, które przywędrowało do nas, a jakże, ze Stanów Zjednoczonych – tak jak Mikołaj w wymiętej szlafmycy, zamiast w biskupiej infule, bez pastorału, który przystoi przecież świętemu. Krytycy wskazują, że „Święto zakochanych” to nic innego, jak odpowiedź na stagnację handlową pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkanocą. A przecież my, Polacy, mieliśmy swoje święto zakochanych w okresie przesilenia letniego – gorącą (i namiętną) Noc Kupały. Bez karteczek z serduszkami i innymi gadżetami wciskanymi nam przez handlowców, za to z ogniskiem, tańcami i wiankami odurzających ziół i kwiatów.
Kiedy zużyjemy już słowo „kocham”, w życiu niejednego z nas, nastąpi scena jak w jednym z odcinków „Kasi i Tomka”, popularnego przed laty sitcomu z Joanną Brodzik i Pawła Wilczaka. Kasia i Tomek siedzą znudzeni na brzegu łóżka. On pyta beznamiętnie: „Chcesz się kochać?” – „Mogę chcieć...” – odpowiada apatycznie Kasia…
![]() | Rafał Jaworski |
Pozostałe felietony:
![]() | Być jak rewolwerowiec... |
![]() | Kobieta w kuchni i mężczyzna przy samochodzie? Straszny widok! |
![]() | Chart na wyścigach |
![]() | Gra w singla |
![]() | Pod pachą wino, a w ręku kwiaty |
![]() | Kupię wielką torbę jabłek |









