PartnerForLife
Wybierz stronę
Chart na wyścigachW damsko – męskim kotle... Zbiór felietonów Rafała Jaworskiego

Przypominacie sobie reklamę tabletek na grypę, które stawiają na nogi w jedną noc? „Chorować? To nie w moim stylu!” – oznajmia radosnym głosem, zapracowany zapewne, mężczyzna. Jakże współczesny typ - supermacho gotowy na wszystko i o każdej porze. Z tego co wiem, grypy nie da się wyleczyć w jedną dobę i żadne specyfiki tego nie przyśpieszą. Grypę należy po prostu wyleżeć w łóżku, nawet, jeśli nie podoba się to twojemu pracodawcy. Ale chorowanie, odpoczynek, odrobina relaksu nie są dziś trendy. A co jest? Najlepiej widziane jest opowiadanie na lewo i prawo jakim to jest się zapracowanym człowiekiem. I traktowanie własnego mieszkania co najwyżej jako sypialni po całym dniu pracy, przerwanym jedynie lunchem (zwanym kiedyś obiadem) i godzinną wizytą na siłowni czy w fitness klubie. Pędź do przodu, odgryzaj się napierającym z boku i nie oglądaj za tymi, których zostawiłeś z tyłu. Bądź rekinem, wszystko jedno czego – finansjery, polityki, dziennikarstwa… Szybkość, agresja, wykalkulowanie. Realia walki o byt z czasów polowań na mamuty przeniesiona żywcem w XXI wiek. Witaj we współczesnym świecie! Zjedz swój lunch na stojąco!
Chcą, byś był zawsze na starcie, gotowy do biegu niczym specjalnie do tego hodowany chart angielski, który ścigając się z innymi psami tej szlachetnej rasy, robi kilka okrążeń stadionu w nadziei, że to on pierwszy dogoni drewnianego królika. Albo jak koń czystej krwi z najlepszych stajni, łamiący pęciny podczas dramatycznej gonitwy na słynnej Wielkiej Pardubickiej, arcytrudnym przeszkodowym torze wyścigowym w Czechach.
Kiedyś mój znajomy, jeszcze jako student medycyny, wręczając mi w prezencie pewną książeczkę poradził filozoficznie, bym zastanowił się nad tempem życia, które współczesnych ludzi może doprowadzić do różnych chorób, z których nadciśnienie tętnicze jest jedną z najłagodniejszych (w rewanżu kupiłem mu później publikację instruktażową dla miłośników skoków ze spadochronem i podarowałem tuż przed jego upragnioną podróżą samolotem na wakacje do Tunezji). Szczupła książeczka, którą dostałem, miała wielki nadrukowany tytuł „Walka z cichym zabójcą”. Mogłaby z powodzeniem uchodzić za thriller medyczny. Poradnik, przestrzegający przed współczesnymi chorobami cywilizacyjnymi, zaczynał się od historii niejakiego Hansa Priebke, czterdziestoparoletniego kierowcy ciężarówki. Człowiek ten budził się już o piątej rano, a pierwszego papierosa zapalał leżąc w łóżku. Potem wstawał, zalewał w szklance wrzątkiem trzy czubate łyżeczki mielonej kawy i wypijał w pośpiechu. W takim samym pośpiechu odpalał jeszcze jednego papierosa w drodze do samochodu…
Autorka poradnika przestrzegała: choć macie dopiero trzydzieści parę lat, żyjecie w obliczu ciągłego ryzyka. Jeśli będziecie żyć jak Hans Priebke i jakimś cudem dotrwacie do sześćdziesiątki, wasze serce będzie przedwcześnie zużyte, po drodze przyplącze się uszkodzenie oczu i nerek, a ukoronowaniem całej hecy będzie udar mózgu. Wersja bardziej optymistyczna? Dożywacie prawie siedemdziesiątki. Prawie, bo tuż przed nią umrzecie na raka prostaty. Zdaniem autorki, tej apokaliptycznej wizji można zawczasu zaradzić. Tu pada cała seria podpowiedzi dotyczących zdrowego żywienia, bezpiecznej ilości alkoholu i przeprowadzania regularnych badań, których skomplikowanych nazw nie zapamiętałem. Może to i lepiej, bo często mylę różne nazwy i pojęcia. Do dziś na przykład nie wiem co to jest zgaga. Pełno jej w telewizyjnych reklamach i w rozmowach sąsiadek, ja sam miewałem już różne dolegliwości żołądkowe, ale nie domyślam się nawet, która z nich to zgaga.
Po przekartkowaniu większości stron mojego „medycznego thrillera” zacząłem zastanawiać się, czy przez moją nową lekturę nie stanę się większym hipochondrykiem niż Woody Allen. W swojej zapobiegliwości zacząłem nawet rozważać, czy nie prowadzę zbyt hulaszczego trybu życia i wyszło na to, że nadużywam soli podczas gotowania.
Poradnik nie składał się na szczęście z samych wyroczni i zakazów. Jego autorka, mimo, że odebrała mi ochotę na konsumowanie większości drobnych radości życia, wspaniałomyślnie zezwoliła na wypicie dwóch filiżanek kawy dziennie. Nawet nie wyobrażam sobie, co by było, gdybym miał z niej zrezygnować. Wybredność co do kawy każe mi pokonywać nawet trzydzieści pięć kilometrów po to, żeby zaopatrzyć się w świeżo palone ziarna w zlokalizowanej w tej odległości palarni kawy, zamiast w oddalonym o pięćdziesiąt metrów najbliższym sklepie spożywczym, gdzie dostanę tylko sprasowaną na cegiełkę mieloną kawę w seryjnych opakowaniach. Bycie smakoszem to rodzaj skrzywienia emocjonalnego, które powoduje, że z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, lektury czytanej w czasach szkolnych, do dziś zapamiętałem jedynie scenę, w której mieszkańcy dworu delektują się przy śniadaniu świeżymi rogalikami i aromatyczną kawą.
Po kawie przebrnąłem przez rozdział o zalecanej dawce spacerów, unikaniu stresów i zapewnieniu odpowiedniej ilości magnezu. I zorientowałem się, że w poradniku nie ma ani słowa o seksie. Ważnych pytań nie powinno odkładać się na później - może by tak skontaktować się ze moim lekarzem i zapytać jakie jest jego zdanie w kwestii uprawiania seksu na przykład przy nadciśnieniu tętniczym? I kiedy powinienem się zaniepokoić? Wtedy, gdy zbliżając się do sześćdziesiątki, będę wciąż aktywnym seksualnie facetem, ale podczas miłosnego aktu oprócz standardowych rumieńców na twarzy pojawi się silne kołatanie w sercu i wybałuszę oczy jak przy napadzie duszności? Czytałem w prasie, że zdarzały się ataki serca w trakcie orgazmu u siedemdziesięciolatków, którzy przedawkowali Viagrę. To musi być cholernie krępujące dla kochanki denata. Sanitariusze wynoszą z mieszkania jego nagie ciało okryte białym prześcieradłem, a ona w tym czasie musi wytłumaczyć lekarzom i policji jak doszło do zgonu jej podstarzałego kochanka…
Ech, lepiej zaparzę sobie kawy. Wam radzę to samo. Spokojnie, dwie filiżanki dziennie nie zaszkodzą. Tylko nie pijcie jej na stojąco, to nie wyścigi. Zwolnijcie, panowie i panie. Ktoś, kogo uważam za rozsądnego człowieka, powiedział: „Jeśli nie musisz stać, usiądź. Jeśli nie musisz siedzieć, połóż się”. Dobra rada, która przyda się nie tylko kobietom w ciąży i ekspedientkom za ladą, ale po prostu wszystkim, którzy nie nauczyli się dbać o swoją wygodę, a tym samym o zdrowie. Po prostu zwolnijcie tempo życia...
Ktoś inny z kolei w swoim zbiorze humoresek zamieszczanych na łamach jednego z regionalnych dzienników prasowych, opublikował następującą maksymę: „Życie jest jak bieg na sto metrów – im szybciej biegniesz, tym szybciej pojawi się meta…” Ot, taka gorzka prawda. Ale czy jej autor nie ma racji?
![]() | Rafał Jaworski |
Pozostałe felietony:
![]() | Być jak rewolwerowiec... |
![]() | Kobieta w kuchni i mężczyzna przy samochodzie? Straszny widok! |
![]() | Gra w singla |
![]() | Pod pachą wino, a w ręku kwiaty |
![]() | Kupię wielką torbę jabłek |
![]() | Miłość do marmurów |









